McCreesh kontra Minkowski

2008/05/12, poniedziałek

Dwóch wspaniałych koncertów można było niedawno wysłuchać w Warszawie. Tydzień temu do Filharmonii Narodowej zawitał Marc Minkowski. Natomiast w ostatnią niedzielę w archikatedrze św. Jana wystąpił Paul McCreesh wraz ze swoim zespołem Gabrieli Consort. Byłem na obydwu koncertach, ale gdybym miał wcześniej wybierać między jednym a drugim, zdecydowanie postawiłbym na Francuza. I popełniłbym błąd. Trudno wprawdzie powiedzieć, że jeden z tych naprawdę świetnych występów był lepszy od drugiego, ale McCreesh wywarł na mnie zdecydowanie większe wrażenie. Może wynikało to faktu, że na koncert Minkowskiego szedłem z ogromnymi oczekiwaniami, po części wywołanymi genialnym wręcz występem Francuza w Krakowie na festiwalu Misteria Paschalia. Tymczasem, mimo wirtuozowskiej gry orkiestry Les Musiciens du Louvre, trochę byłem znużony. Zwłaszcza drugą częścią koncertu, w której Minkowski zaprezentował „Une Autre Symphonie Imaginaire”, czyli coś na kształt symfonii złożonej z wybranych utworów Jeana-Philippe’a Rameau. Francuski dyrygent dokonał już raz takiego wyboru i nagrał płytę „Rameau Une Symphonie Imaginaire”. Jest ona rewelacyjna, ale drugi raz wchodzenie do tej samej rzeki okazało się nie do końca udanym pomysłem. Symfonia Rameau numer 2, bo Minkowski dokonał na warszawski koncert zupełnie innego wyboru niż na płycie, okazała się po prostu nudnawa. Mam nadzieję, że Francuzowi nie przyjdzie do głowy nagrywanie tego, co zaprezentował w Filharmonii Narodowej. Ja w każdym razie tej płyty nie kupię.
Zaskoczył mnie natomiast McCreesh, który przyjechał z programem a capella (promującym najnowszą płytę „A Spotless Rose”). Znalazły się w nim utwory maryjne skomponowane w ciągu ostatnich kilku wieków. Oczywiście zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu te dawne (nie przepadam za muzyką współczesną), ale nie tylko o tym chciałem napisać. McCreesh stworzył bowiem w archikatedrze niezwykłą atmosferę a jego zespół zaprezentował najwyższy poziom. Brzmienie chóru, stopliwość głosów i wspaniała interpretacja robiły piorunujące wrażenie. A jak wiadomo, niczym łatwiej nie można zanudzić słuchaczy niż chóralnym programem a capella. I tu niestety smutna refleksja – niestety, nie mamy w Polsce zespołu chóralnego, który dorastałby do pięt ekipie McCreesha.
Zatem pod względem atmosfery koncertu Anglik pobił w Warszawie Francuza. A jak już wspomniałem na początku, jeszcze tydzień temu postawiłbym w ciemno na Minkowskiego.

Minkowski rządzi!

2008/04/19, sobota

Szóstego maja zapowiada się w Warszawie wielkie muzyczne święto. Do Filharmonii Narodowej przyjeżdża Marc Minkowski ze swoją orkiestrą Les Musiciens de Louvre. Już zawczasu kupiłem sobie bilety na ten koncert i nie mogę się doczekać występu francuskiego dyrygenta. Miałem okazję słuchać go nie dalej jak miesiąc temu w Krakowie, w ramach genialnego festiwalu Misteria Paschalia. Coraz rzadziej zdarza mi się trafiać na koncerty, w trakcie których z zapartym tchem słucham muzyki a myśli nie uciekają w jakieś odległe rejony. Innymi słowy – nieczęsto zdarzają się występy, trzymające w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Po części pewnie spowodowała to dostępność wielu perfekcyjnych wręcz nagrań CD, co sprawia, że muzykom jest coraz trudniej zaskoczyć współczesnego słuchacza lub przynajmniej przykuć jego uwagę – ale to temat na osobny wpis.
Na krakowskim koncercie Minkowskiego siedziałem z „rozdziawionymi uszami” przez cały czas. Zresztą nie tylko ja, sądząc po tym, co pisali recenzenci, z moją redakcyjną Koleżanką, Dorotą Szwarcman, na czele. Francuski dyrygent genialnie zaprezentował ogromnej urody „Chandos Anthems” Jerzego Fryderyka Haendla – czyli utwory przypominające sakralne kantaty (w jednym z nich pobrzmiewały, przynajmniej dla mojego ucha, motywy z „Mesjasza”). Być może dlatego po powrocie z dawnej do obecnej stolicy Polski wrzuciłem sobie do odtwarzacza właśnie „Mesjasza” pod Minkowskim – jedyne konkurujące z nim energią i urodą nagranie wyszło spod ręki Paula McCreesha (natomiast leciwe wykonanie Christophera Hogwooda stoi zakurzone na półce i właściwie już po nie nie sięgam). Tu pozwolę sobie na kolejne skojarzenie – chyba niewiele osób, które miały okazję posłuchać „Mesjasza” w interpretacji Minkowskiego, zdaje sobie sprawę, że ten dwupłytowy album jest… ścieżką dźwiękową do filmu Williama Kleina pt. „Messiah”. Obraz to dziwny, ale wciągający swoją szczególną poetyką i godny polecenia – muzykę Haendla ilustrują dokumentalne zdjęcia z… USA (przede wszystkim Las Vegas). Co więcej, niektóre części „Mesjasza” (czego oczywiście nie ma na płycie) śpiewają amatorzy – m.in. chór więźniów oraz zespół wokalny policji w Detroit. Wiem, że brzmi to wszystko wariacko, ale efekt jest naprawdę ciekawy.
Oczywiście tak ambitny obraz nie mógł znaleźć się w ramówce naszej opłacanej z abonamentu telewizji misyjnej (publicznej) – chyba wyświetlał go kanał Mezzo, jeśli się nie mylę. Na szczęście w dobie internetu nie jest to problem – tu zastrzeżenie: oczywiście nikogo nie namawiam do piractwa 😉
Gdy słuchałem „Mesjasza” nagle pojawił mi się w głowie pomysł – a gdyby tak ułożyć ranking filmów z muzyką klasyczną, to jakby on wyglądał? No i powstała moja krótka, prywatna lista i bardzo jestem ciekaw opinii innych miłośników klasyki na jej temat:
miejsce 1: „Wszystkie poranki świata” – najlepszy pod względem wizualnym, jak i ścieżki dźwiękowej; trudno zresztą się dziwić, bo nagrał ją sam Jordi Savall (nie sposób kupić czy wypożyczyć w Polsce tego filmu – na DVD można go kupić tylko we francuskiej wersji językowej, bez angielskich napisów – ale tu ratuje nas potęga internetu… ktoś zrobił nawet dobre polskie napisy…)
miejsce 2: „Mesjasz” – film dziwny, ale klimatyczny i robiący wrażenie
miejsce 3: „Amadeusz” – aktorsko, scenariuszowo i oczywiście reżysersko rewelacja, ale wykonanie utworów Mozarta trąci dziś myszką (czytaj nudą)
miejsce 4: „Farinelli” – ustępuje pod względem treści „Amadeuszowi”, ale góruje nad nim muzycznie
miejsce 5: „Wieczna miłość” – pozycja ostatnia, gdyż zdecydowanie zbyt kiczowaty (na dodatek Praga, co daje się zauważyć na ekranie, odgrywa Wiedeń sic!) a wykonanie utworów Beethovena też nie rewelacyjne
(nie widziałem jeszcze filmu „Król tańczy”; podobno słaby, ale za to muzycznie świetny, bo ścieżkę dźwiękową przygotował Reinhard Goebel – więc ewentualne miejsce 4 lub 5).

Perła z lamusa

2008/03/1, sobota

Valls.jpg

Płyty z muzyką klasyczną kupuję tylko w dwóch miejscach: w internecie oraz sklepie Duo111. Dlaczego wyłącznie tak? Internetowe sklepy są tanie i można z zagranicy sprowadzić płyty, których w Polsce już nie da się zdobyć. Natomiast Duo111 to absolutnie wyjątkowe miejsce w Warszawie. Nieduży sklep, w którym jest wyłącznie klasyka i jazz a jego właściciele, panowie Darek i Przemek, pamiętają gusta stałych klientów i sami są wielbicielami muzyki dawnej. Oprócz buszowania wśród setek świetnych płyt można więc uciąć miłą pogawędkę z właścicielami przy herbacie. Zawsze coś podpowiedzą lub wyciągną jakąś ciekawą płytę, która umknęła uwadze.
Tak też się stało pewnego dnia, gdy pan Darek wyciągnął jakąś zabłąkaną płytę i zapytał mnie: a to pan zna? Wiedząc o moim zamiłowaniu do barok&rolla, trafił w dziesiątkę – aczkolwiek jest to jedna z najdziwniejszych płyt, które posiadam w swoim zbiorze. Po pierwsze została wydana przez bardzo słabo mi znaną wytwórnię „Symphonia”. Po drugie ani nazwa zespołu „A corte musical”, nazwisko jej szefa Rogerio Concalves, kompozytora Francesco Vallsa oraz śpiewaków występujących w nagraniu kompletnie nic mi nie mówiły. Ale odsłuchanie w sklepie pierwszej ścieżki płyty z zatytułowanej „Que estruendo” wystarczyło, bym bez wahania ją kupił. Jest po prostu świetna pod każdym względem a ogromnie zaskakujące jest to, że zupełnie szerzej nieznany zespół i wokaliści potrafili nagrać prawdziwą muzyczną perłę.
Trochę dziwnie się czuję pisząc te słowa: po raz pierwszy niewiele potrafię powiedzieć o płycie ponad to, że mi się bardzo podoba. Co więcej, początkowo myślałem, że składa się z utworów świeckich – tak są dynamiczne i pełne wigoru – ale ze słów zamieszczonych w książeczce (niestety, tylko po hiszpańsku) zorientowałem się, że mam do czynienia z muzyką sakralną. Wskazywały na to również organowe „przerywniki” pomiędzy utworami wokalno-instrumentalnymi (skomponowane przez Pablo Bruna i Joana Cabanillesa). Niewiele też mogę dodać na temat kompozytora większości zamieszczonych na płycie utworów, czyli Francesco Vallsa. Postać to ponoć bardzo zasłużona dla muzyki hiszpańskiej. Żył i działał w czasie (1672-1747), gdy w Hiszpanii toczyła się dyskusja nad obroną rodzimej tradycji muzycznej przed italianizacją. Wiem, że ta garść informacji to niewiele, ale płytę bardzo gorąco polecam. Trudno bowiem znaleźć coś bardziej elektryzującego i dynamicznego niż hiszpański barok.

Polski barok z importu

2008/02/10, niedziela

Polish_baroque.jpg 

Nasi kompozytorzy doby baroku są mało znani poza kręgiem specjalistów i pasjonatów. Z różnych powodów. Jednym z nich jest bardzo kiepski poziom edukacji muzycznej, no i oczywiście brak pieniędzy na tzw. kulturę wysoką. A tymczasem jest się naprawdę czym chwalić: w „złotym” XVII wieku dorobiliśmy się całej grupy świetnych kompozytorów zainspirowanych muzyką włoską, na czele z Jarzębskim, Mielczewskim, Pękielem i Zieleńskim. Warto w tym miejscu wspomnieć, że istniały wówczas szanse, by sam Claudio Monteverdi zawitał do Warszawy i został kapelmistrzem Władysława IV. Polski dwór królewski (i nie tylko) tętnił w XVII wieku życiem muzycznym – słynęliśmy na całą Europę m.in. z wystawień oper w stolicy.
Powstało w dwóch dekadach trochę nagrań muzyki tamtej „złotej epoki”. Moim zdaniem na uwagę zasługują jednak tylko dwa: pierwsze to zarejestrowane w małym składzie przez zespół Il Tempo (dwoje skrzypiec, viola da gamba, klawesyn/pozytyw oraz dwoje śpiewaków: sopran i tenor) utwory Jarzębskiego, Mielczewskiego, Milwida i Szarzyńskiego (nagranie z 1993 roku). To niezła płyta. Jednak absolutnym hitem jest dwupłytowy album: „Canzoni e concerti” Adam Jarzębskiego. W 1993 znalazły się bowiem, po raz pierwszy i jak dotąd ostatni, pieniądze (z Polskiego Radia), by skompletować zespół zachodnich muzyków barokowych pod kierunkiem świetnej skrzypaczki Lucy van Dael (na cynku gra znany kornecista Bruce Dickey). Płyta jest wyśmienita, ale niestety stanowi też dowód, iż przez długi czas (bo dziś mamy na szczęście kapelę Arte dei Suonatori) nie mieliśmy zespołu, który byłby w stanie na najwyższym poziomie wykonawczym nagrać muzykę polskiego baroku. Choć wspomniałem o istnieniu Arte dei Suonatori, to jednak dziś sytuacja właściwie pozostaje bez zmian w porównaniu z latami 90-tymi. Może jest nawet gorzej, gdyż nie ma pieniędzy na dokonywanie tego typu nagrań. Nie istnieje też rodzimy zespół, który w dużym składzie, tzn. wokaliści plus instrumenty dawne (na czele z cynkami i puzonami), byłby w stanie nagrać utwory polskiego baroku.
Na szczęście to, czego sami nie potrafimy zrobić, znów wykonują za nas inni. Oto bowiem pojawiła się płyta zatytułowana „Polish Baroque – Pekiel and his contemporaries”. Nagranie live zostało dokonane przez zespół Ensemble europeen William Byrd pod kierownictwem Grahama O’Reillyego podczas festiwalu we francuskim Abbaye d’Ambronay. Choć, jak napisałem, jest to muzyka „na żywo”, płyta wciska w fotel. Nie dość, że wykonanie jest bardzo dobre (wspomnę tylko, że na cynku gra m.in. William Dongois), to kompozycje naszych rodaków – Mielczewskiego, Pękiela, Szarzyńskiego i Zieleńskiego – robią piorunujące wrażenie. Ich muzyka nie ustępuje w żaden sposób kompozycjom włoskim (a dokładnie mówiąc muzyce weneckiej) tamtych czasów. Ba, miałem momentami wrażenie, jakbym słuchał dzieł sakralnych Bibera (mam tu na myśli przede wszystkim Missę Bruxellensis i Salisburgensis) – z takim rozmachem dokonane jest nagranie.
Jest to bardzo ważna płyta. A może nawet więcej: bardzo znaczące wydarzenie z punktu widzenia polskiej kultury muzycznej. Cieszę się ogromnie, że mam już CD zatytułowane „Polish baroque” na półce i mogę po nie sięgać. Z drugiej strony nie mogę przejść do porządku dziennego nad faktem, że tak piękną muzykę polskich kompozytorów są w stanie nagrać tylko zagraniczne zespoły i to na dodatek na festiwalu we… Francji. W ojczyźnie Zieleńskiego i Mielczewskiego nie ma szans jej posłuchać…

Diabelska muzyka

2008/01/25, piątek

Casa_del_diavolo.jpg 

Płyta „La casa del diavolo” rzeczywiście jest czarcia. Nie tylko za sprawą ognistych utworów, ale także wirtuozerii zespołu Il Giardino Armonico.
Okładka CD jest tak nietypowa, że od razu przyciąga uwagę na półce sklepowej. No, ale przede wszystkim ważny jest repertuar i wykonawcy. Il Giardino Armonico wychwalałem już na tym blogu za ich koncert (i nie tylko oczywiście) w Filharmonii Narodowej, więc nie ma co się rozpisywać o tym świetnym włoskim zespole. Skąd natomiast wziął się, cokolwiek prowokujący, tytuł płyty „La casa del diavolo”? To tytuł manuskryptu symfonii d-moll Luigi Boccheriniego, znajdującego się w bibliotece mediolańskiego konserwatorium. Ostatnia część tego utworu nosi dopisek „Chacconne przedstawiająca Piekło, która została napisana jako naśladująca tę skomponowaną przez Pana Glucka w jego Kamiennym Gościu”. Z tym „Kamiennym Gościem” chodzi o balet Christopha Wilibalda Glucka zatytułowany „Don Juan, czyli kamienny gość” (według dzieła Moliera), który został po raz pierwszy wystawiony w 1761 roku w Wiedniu. Jego ostatnia scena to porwanie Don Juana do piekła przez widma i furie. Muzyka Glucka genialnie ilustruje tę przerażającą scenę. I to właśnie ona rozpoczyna, naprawdę mocnym uderzeniem, płytę Il Giardino Armonico. CD zostało spięte klamrą – ostatnia ścieżka to zakończenie wspomnianej wyżej symfonii d-moll Boccheriniego, inspirowane utworem Glucka.
Pomiędzy nimi znalazły się natomiast następujące dzieła: Concerto Grosso „Il pianto d’Arianna” Pietro Locatellego, mające ilustrować to, co przeżywała w duszy Ariadna porzucona przez Tezeusza na wyspie Naxos, oraz niemal romantyczne symfonie: h-moll Carla Philippa Emanuela Bacha oraz Concerto f-moll jego starszego brata, Wilhelma Friedemanna Bacha.
Skąd taki dobór utworów? Tłumacząc swój zamysł, twórcy płyty cytują fragment powiastki filozoficznej Denisa Diderota zatytułowanej „Kuzynek mistrza Rameau”. Francuski filozof pisze w niej, iż „potrzebujemy okrzyków, wykrzykników, zawieszeń, przerw, potwierdzeń, zaprzeczeń; krzyczymy, wzywamy, bijemy brawo, jęczymy z bólu, płaczemy, śmiejemy się niemal otwarcie”. Ten fragment tekstu najlepiej oddaje ducha naszej płyty – pisze Giovanni Antonini, szef Il Giardino Armonico. Po wysłuchanie „Casa del diavolo” muszę mu przyznać rację. Jest na tej płycie dużo diabelskiego czadu i porywów namiętności. Polecam!

Kawałka pierwszej ścieżki można posłuchać tu: http://www.naive.fr/play_wma2.php?ID=6823&deb=hd

Improwizacja na całego

2008/01/11, piątek

All___Improvviso.jpg

Nastał czas karnawału, więc pora sięgnąć po jakąś szaloną, by nie rzec „odjechaną”, płytę. Wspominałem już na blogu o CD zatytułowanym „All’ Improvviso” zespołu L’Arpeggiata. Pisałem, że jest najbardziej obrazoburczy w całym dorobku tej kapeli. No więc teraz nadszedł najlepszy czas, by skrobnąć o niej parę słów.
Pan Dariusz Czaja, recenzent z „Tygodnika Powszechnego”, który swego czasu zjechał na łamach tego szacownego pisma Christinę Pluhar (przypomnę – szefową L’Arpeggiaty) za krążek „Los Impossibles”, na pewno po wysłuchaniu „All’ Improvviso” czułby się wstrząśnięty (i zmieszany). Już spieszę wyjaśnić dlaczego. Płyta ta to, zgodnie z tytułem, improwizacje na temat muzyki hiszpańskiej i włoskiej, oczywiście doby baroku. Zespół gra więc na instrumentach z epoki (cynki, gitary barokowe, teorby, arcylutnie itp.) a tu nagle pojawia się… współczesny klarnet. Jak trafnie określił to pewien mój znajomy – niemal klezmerski klarnet. Decyzja Krysi Pluhar była niewątpliwie ryzykowna i baaardzo odważna, ale efekt przyniosła świetny. Klarnet w połączeniu ze starymi instrumentami wcale nie brzmi obco (nigdy jednak nie gra wspólnie z cynkami (kornetami), co było by chyba pewną przesadą). Na niektórych ścieżkach do zespołu dołącza śpiewaczka (można ją określić mianem wokalistki folkowej) Lucilla Galeazzi (wykonuje m.in. swoje kompozycje) oraz mój ulubiony aktor-tenor Marco Beasley.
Kogo ciekawi taka dziwna mieszanka, niech odważnie sięgnie po „All Improviso”. A oto pierwsza ścieżka na zachętę http://www.alpha-prod.com/sound.php?id=216&format=mp3 (jest na niej i klarnet, i głos Lucilli Galeazzi).
Znalazłem jeszcze w necie fragment ciekawego filmiku o L’Arpeggiacie. Przez pierwszą połowę gada Krysia Pluhar (i to w dodatku po francusku, więc można sobie darować), ale później dziewczyny i chłopaki już tylko pięknie grają. A grają utwór z płyty „La Tarantella”.
 

Savall prawie świąteczny

2007/12/25, wtorek

Savall.jpg 

To jedna z najlepszych płyt w dorobku Jordi Savalla. Katalońskiego dyrygenta i gambisty, który jest dla mnie, jak to się obecnie często określa, „postacią absolutnie kultową”. A chodzi mi o CD zatytułowane „Villancicos y Danzas Criollas”. Dlaczego piszę właśnie teraz o tej płycie? Nastał czas świąteczny i jak wielu innych entuzjastów baroku odruchowo sięgam na półkę po płyty z muzyką bożonarodzeniową (pisząc te słowa słucham przepięknej rekonstrukcji mszy luterańskiej na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia ok. 1620 roku, dokonanej przez Paula McCreesha i jego zespół Gabrieli Consort&Players). W pierwszym odruchu chciałem więc napisać o czymś z „zasadniczego nurtu świątecznego”. Ale byłoby to pójście na łatwiznę. Poza tym, ile razy można pisać o kolejnym wykonaniu „Weihnachts-Oratorium” Bacha? Dlatego pogrzebałem trochę dłużej na półce i wpadła mi w ręce jedna z moich ulubionych płyt – wspomniane na wstępie „Villancicos y Danzas Criollas”. Nie jest to typowe nagranie „na Święta”. Płyta mieści się bowiem w moim ulubionym nurcie barok&rollowym, prezentując muzykę XVI i XVII wieku (głównie taneczną) z półwyspu Iberyjskiego oraz Ameryki Południowej. A więc mamy tu przenikanie się muzycznych kultur Afryki, Europy i Ameryki Płd (a pewnie również i Azji za sprawą wpływów arabskich w Hiszpanii), ogniste rytmy, instrumenty perkusyjne i piękny śpiew. Ale na płycie znalazło się też kilka utworów przeznaczonych właśnie na Boże Narodzenie. Mój ulubiony to „Negrilla a 4: San Sabeya gugrumbe” opublikowana przez Mateo Flecha (młodszego) w Pradze w 1581 roku. Jej słowa (jest to utwór wokalno-instrumentalny) nawołują do pójścia do betlejemskiego żłóbka i zaśpiewania w hołdzie małemu Jezusowi. Ponieważ negrille starały się imitować dziwne (dla Europejczyków) języki przybyszów (głównie niewolników) z Afryki, więc w pewnym momencie słowa refrenu stają się niezrozumiałe: San Sabeya, gugurumbe, alangandanga, gugurumbe, gugurumbe.

Jordi Savall w Warszawie: rozmowa przeprowadzona 23.01.2007r.

Całą płytę, nie tylko na czas świąteczny, bardzo gorąco polecam. I pragnę również wszystkim wielbicielom muzyki dawnej złożyć jak najserdeczniejsze życzenia miłych i spokojnych Świąt oraz wszelkiej pomyślności w Nowym Roku oraz wielu fascynujących odkryć muzycznych. Gugurumbe! 🙂

Telemann z Brukseli

2007/12/10, poniedziałek

Mało znany zespół „Il Fondamento” zaskoczył publiczność Filharmonii Narodowej. Mnie też i to bardzo. Właśnie wróciłem z koncertu i jestem cały czas pod jego wrażeniem. Po pierwsze, samej twórczości Telemanna, którego utwory – kantaty adwentowe i bożonarodzeniowe oraz Magnificat – złożyły się w całości na program koncertu. Tego niemieckiego kompozytora, w swoich czasach na głowę bijącego Bacha pod względem sławy, znam słabo, głównie dzieła instrumentalne (m.in. słynne Tafelmusik). Tymczasem, jak wyczytałem, skomponował on 1700 (tysiąc siedemset!) kantat kościelnych. Na koncercie „Il Fondamento” zagrało cztery spośród nich, wszystkie bardzo piękne. Zaiste, świetnym kompozytorem Telemann był 😉

Jeszcze większe zaskoczenie sprawił nieznany mi zupełnie (i chyba większości filharmonicznej publiczności) zespół muzyki dawnej z Brukseli. Instrumentaliści grali świetnie, tempa były szybkie, w ogóle emanowało od kapeli energią. Spore wrażenie zrobił też 12-osobowy zespół wokalny (po trzech śpiewaków w głosie), który niewdzięczną dla dawnej muzyki salę Filharmonii Narodowej potrafił w całości wypełnić soczystym dźwiękiem. Najsłabiej wypadli soliści, przede wszystkim głosy wysokie (sopran i kontratenor), ale bardzo dobre wrażenie robił bas-baryton Huub Calessens. Warto nazwę „Il Fondamento” mieć w pamięci, buszując po sklepach z płytami.

Nowa muzyka

2007/12/7, piątek

Trochę się ostatnio zaniedbałem blogowo, jednak nie z powodu braku tematów i natchnienia – wrażeń, którymi chciałbym się podzielić, kłębi mi się w głowie mnóstwo – ale m.in. wyjazdu za granicę. Musiałem (choć nie kryję, że zrobiłem to z wielką przyjemnością) polecieć na kilka dni na konferencję naukową do Barcelony. Prawie dwadzieścia stopni ciepła, słońce, pomarańcze rosnące na drzewach i palmy od razu skojarzyły mi się muzycznie. Zabrałem bowiem ze sobą odtwarzacz empetrójek a nim między innymi płytę Rolfa Lislevanda zatytułowaną „Nuove musiche”. Jak zwykle w przypadku tego muzyka, znalazły się na niej utwory (przede wszystkim passacaglie) Kapsbergera oraz paru innych kompozytorów z tego samego okresu (Frescobaldi, Pellegrini czy Piccinini). Coś jednak odróżnia ten krążek CD od poprzednich nagrań Norwega. Nigdy wcześniej w tak silny sposób nie odcisnął on swojego piętna, adaptując i aranżując utwory sprzed kilku wieków. Właściwie „Nuove musiche” można by wręcz uznać za zbiór autorskich kompozycji Lislevanda, inspirowanych jedynie muzyką dawną. Mimo zestawu dawnych instrumentów, utwory brzmią bowiem wyjątkowo współcześnie.

W książeczce dołączonej do płyty Lislevand pisze o epokowym zdarzeniu w historii muzyki, jakim było powstanie Cameraty florenckiej w drugiej połowie XVI w. (kto nie wie a ciekaw, co to dokładnie było, niech zerknie tu http://pl.wikipedia.org/wiki/Camerata_florencka). Jeśli dobrze zrozumiałem intencje autora tekstu, to pragnie on, nawiązując do tego historycznego zdarzenia, wyzwolić nowego ducha w wykonywaniu muzyki dawnej. A chodzi Lislevandowi przede wszystkim o improwizacje, które były tak ważne w dobie baroku. Improwizując dziś należy oczywiście szanować tradycję, ale również uwzględnić prawa współczesnego artysty do wyrażenia siebie. A przecież jego dusza jest obarczona muzyką i doświadczeniami następnych stuleci. Dlatego „Nuove musiche” może lekko zszokować wielbicieli tradycyjnego wykonawstwa muzyki dawnej. Jednak mnie się bardzo spodobała. A wyjątkowego smaku nabrała słuchana pod hiszpańskim błękitnym niebem. Tak przy okazji, jeśli mogę coś zasugerować – za chwilę Boże Narodzenie a ta płyta na pewno będzie świetnym prezentem dla każdej muzycznie wrażliwej duszy.

A teraz coś z zupełnie innej beczki – będąc w Barcelonie zajrzałem do tamtejszego odpowiednika Empiku i kupiłem (na promocji 🙂 płytę Magdaleny Kozeny „Ah! mio cor” z ariami z oper Haendla (m.in. słynną „Lascia ch’io pianga…”). Artystce towarzyszy Venice Baroque Orchestra, świetna kapela znana z nagrań z Carmignolą. Niestety, nagranie nie zachwyciło mnie. Przynajmniej za pierwszym odsłuchem. Nawet nie wiem za bardzo do czego konkretnie się przyczepić. Po prostu ta płyta nie „chwyta za serce” ;). Pamiętam natomiast ponad dziesięć lat temu występ Kozeny w Filharmonii Narodowej. Wtedy mi się podobało, choć muszę szczerze przyznać, że nie potrafię dziś oddzielić „wrażenie wokalnego” od „wizualnego”. Kozena sprawiła, występując w dość obcisłej czerwonej sukni, że moje męskie serce biło znacznie szybciej. No, ale uroda to nie wszystko 😉

PS. Wyczytałem w necie, że 23 listopada we Wrocławiu występował solo Rolf Lislevand. Czy może ktoś był na tym koncercie?

Aromatyczny pół-Księżyc

2007/11/23, piątek

aromates1.jpg

Tym razem będzie orientalnie. A dokładnie arabsko-andaluzyjsko. Wiem, wiem, sam obiecywałem pisać wyłącznie o barok&rollu, ale z powodu pewnej płyty nie mogę się powstrzymać. Tym bardziej, że po emocjach związanych z Nigelem Kennedym potrzeba mi było jakiegoś kojącego tematu :).
Pisałem niedawno o upadłym wydawnictwie fonograficznym Alpha, które przez ostatnie lata raczyło nas wspaniałymi odkryciami muzycznymi. Świetnym pomysłem Alphy była między innymi seria „Les chants de la terre” w charakterystycznych białych okładkach, zawierająca rozmaite ciekawe nagrania… no właśnie, nie wiem, jak je dobrze nazwać: muzyki świata, folku? Trudno jednym krótkim sformułowaniem scharakteryzować ten zamysł.
W każdym razie ostatnim tchnieniem „białej Alphy” jest wydana w tym roku płyta zatytułowana „Rayon de Lune” (czyli promień Księżyca) z podtytułem „Muzyka Umajjadów” (Umajjadzi to dynastia kalifów z Damaszku rządząca w VII i VIII wieku) w wykonaniu zespołu Aromates.  Nie jestem częstym „konsumentem” klimatów arabskich, ale ta płyta naprawdę mnie urzekła i dlatego postanowiłem ją zarekomendować barok&rollowcom.
Pomysł szefowej Aromtes, Michele Claude, był taki: wzięła na warsztat tzw. muwashshahaty, czyli andaluzyjskie średniowieczne pieśni opowiadające o miłości, kobietach, naturze i winie 🙂 oparte na bogatej arabskiej tradycji muzycznej. Nie odegrała ich jednak „po bożemu”, czyli jak najwierniej w stosunku do epoki, w której powstały. Wykorzystała bowiem na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasujące „instrumentarium” – arabskie rytmy i melodie wygrywają tu m.in. flet poprzeczny, arcylutnia, gitara i skrzypce barokowe oraz kontrabas. Sądząc po nazwach, tylko niektóre instrumenty perkusyjne oddają ducha epoki. Tego typu ryzykowane eksperymenty mogą budzić wątpliwości, jednak tym razem efekt jest naprawdę aromatyczny. Proponuję wysłuchać na próbę pierwszą ścieżkę z płyty zatytułowaną właśnie „Rayon de Lune”: http://www.fugalibera.com/sound.php?id=251&format=mp3