Ściemniacz Kennedy

2007/11/8, czwartek


Chodzi oczywiście o Nigela Kennedy’ego. Osobiście nic do niego nie mam – zapewne to bardzo sympatyczny człowiek. Natomiast nie podoba mi się jego muzyczny wizerunek. Ale zacznijmy od początku, czyli blogu Doroty Szwarcman. Zadała ona pytanie: co sądzimy o kontrowersyjnej okładce najnowszej płyty Kennedy’ego zatytułowanej „Polish Spirit”. Otóż nie obraża ona ani mojej polskości (bo i IV RP mamy już na szczęście za sobą) ani moich gustów estetycznych. Uznałbym ją nawet za całkiem dowcipną. Z Kennedym mam jednak na pieńku od czasu nagrania przez niego „Czterech pór roku” Vivaldiego. Jak pisze dzisiejsza „Gazeta Wyborcza”, Nigel trafił dzięki niej do Księgi Rekordów Guinnessa, bo sprzedał w ciągu pół roku dwa miliony egzemplarzy. Skąd ten oszołamiający sukces? Otóż w lud poszedł taki oto przekaz: super wyluzowany skrzypek z irokezem na głowie nagrał Vivaldiego tak, jak do tej pory skostniali muzycy klasyczni nie potrafili – z werwą, fantazją, czadem, polotem itp. itd. Słowem: genialne. Otóż nic bardziej mylnego. Nie wystarczy bowiem ekscentryczność, by być barok&rollowcem.
Przypomina mi się tym momencie historia sprzed paru miesięcy. Dwójka moich znajomych, wiedząc, iż mam pokaźny zbiór CD z klasyką, zwróciła się z prośbą, czy nie pożyczyłbym im „Czterech pór roku”. Oczywiście byli przekonani, że mam na półce Kennedy’ego, bo przecież tyle o nim słyszeli i na pewno taki muzyczny świr jak ja dawno już je kupił. Owszem, kupiłem, ale specjalnie dla nich. Chciałem bowiem przeprowadzić pewien eksperyment. Powiedziałem im mianowcie: pożyczycie sobie, ale pod warunkiem, że najpierw dla porównania wysłuchacie u mnie jeszcze jednego nagrania: ze skrzypkiem Giuliano Carmignolą i Venice Baroque Orchestra w rolach głównych. I co się okazało? Nawet nie rozsmakowani w muzyce klasycznej ludzie już przy pierwszym odsłuchu byli w stanie odczuć różnicę. Nie subtelną, ale różnicę klas dzielącą obydwa wykonania. Znajomi wybrali oczywiście Carmignolę.
I trudno się dziwić. To nagranie jest jednym z najwspanialszych wykonań muzyki dawnej, jakie dane mi było poznać. Powiem tylko tyle: dzięki Carmignoli zacząłem ponownie i to dosyć często słuchać „Czterech pór roku”, choć trudno sobie wyobrazić bardziej zgrany utwór (może poza „Eine kleine Nachtmusik” Mozarta). Przez pewien czas myślałem nawet, że tak pięknie, z taką dynamiką, frazowaniem i w szaleńczych tempach da się nagrać ten utwór tylko w studio dzięki wielokrotnym powtórkom. Jednak miałem później okazję posłuchać na żywo Carmignoli w Filharmonii Narodowej. Na bis zagrał niektóre części „Czterech pór…”. Chyba nigdy nie widziałem takiego szału na widowni w szacownych murach FN. No a poza tym włoski skrzypek (i Venice Baroque Orchestra) grał identycznie jak na płycie. Czegoś takiego w życiu nie widziałem i nie słyszałem!
Dlatego szaleństwo na punkcie wykonania Kennedy’ego jest dla mnie dowodem, iż nawet w muzyce klasycznej sprawny marketing potrafi wykreować rzekomą gwiazdę. Szlag mnie trafia, jak słucham ostatnio w radio reklamówek nagrań i koncertów Kennedy’ego, w których pada sformułowanie „genialny skrzypek”. Może jestem dla niego zbyt surowy, bo nie znam jego nagrań poza Vivaldim. Być może płyta „Polish Spirit” jest świetna. Jedno jest jednak pewne: Nigel jako skrzypek grający muzykę dawną jest słaby. Aura otaczająca jego nagranie „Czterech pór roku” to marketingowa ściema, na którą dało się nabrać mnóstwo ludzi. A kto mi nie wierzy, niech posłucha Carmignoli i porówna z Kennedym!

Wspomnienie o Alphie

2007/11/4, niedziela

Dzień Zaduszny wprawia człowieka w nastrój refleksyjny. Może to banał, ale jak to banał, jest do bólu prawdziwy. Naszła mnie bowiem smutna refleksja wspominkowa o… wydawnictwie płytowym Alpha. Smutna, bo dowiedziałem się, że w tym roku Alpha zbankrutowała. Kiedy klika lat temu po raz pierwszy kupiłem krążek CD tej firmy, miałem wrażenie, że oto czuć jakiś zupełnie świeży powiew na podupadającym i coraz bardziej zatęchłym rynku fonograficznym muzyki poważnej. Podczas gdy wielkie koncerny redukowały swoje działy z klasyką i mówiło się o pogrążaniu się w kryzysie, jakby na przekór temu na rynku pojawiła się mała niezależna francuska wytwórnia, która miała odwagę wypromować nowy repertuar i nieznanych wykonawców. To właśnie Alpha odkryła Christinę Pluhar i jej zespół L’Arpeggiata, o którym tyle ostatnio pisałem na blogu (teraz Krysia zaczęła nagrywać dla Naive). Alphie zawdzięczamy również mistyczne płyty Le Poeme Harmonique czy klawesynistkę Celine Frisch (np. świetne wykonanie Wariacji Goldbergowskich Bacha). Nazbierało by się tych przykładów więcej, nie wspominając o nieznanym dotąd repertuarze. Alpha zaczęła też wydawać „białą serię” (oficjalna jej nazwa to „Les chants de la terre”) z muzyką, nazwijmy ją w uproiszczeniu, „etniczną” – (w tej właśnie serii wyszła słynna „La Tarantella” nagrana przez L’Arpeggiatę). Z tego, co udało mi się zasłyszeć u sprzedawców z branży klasycznej, Alphę zabiła jej odwaga. Przeinwestowała, wydając zbyt wiele tytułów, czasami chyba aż nazbyt niszowych – zaczęła na przykład tłoczyć serię z nagraniami sprzed kilkudziesięciu lat (m.in. utwory Mozarta zarejestrowane w latach 1938-1951). Trudno chyba było znaleźć na tego typu płyty wielu amatorów. Alphę wykupiła niedawno inna firma i odblokowała magazyny z już wytłoczonymi płytami, więc w sklepach pojawiło się ostatnio kilka nowych tytułów. Jeden z nich zamierzam opisać niedługo na blogu, bo urzekł mnie swoim urokiem. Jakie będą dalsze plany wydawnicze nowego właściciela? Czy, oczywiście z niezbędnymi korektami, podąży odważnie drogą wyznaczoną przez dawną Alphę? Jeśli nie i jest to koniec pewnego pomysłu na odkrywanie muzyki dawnej, to przynajmniej będę miał na półce spory zbiór pięknie wydanych płyt z cudowną muzyką. Dziękuję ci Alpho. 🙂 

Jesienna odtrutka

2007/10/21, niedziela

codex.jpg„Santiago de Murcia. Codex” to jedna z tych płyt, które bez wahania zabrałbym na bezludną wyspę. Wziąłem ją kiedyś na wakacje do Toskanii. Pamiętam doskonale jak pewnego dnia leżałem sobie na trawie z kieliszkiem wina, patrzyłem na dolinę i zarysy położonego na wzgórzu miasteczka Montepulciano, świeciło słońce i nic tak wspaniale nie dopełniało tej rajskiej chwili, jak właśnie muzyka de Murcii. Ona jest kwintesencją śródziemnomorskich klimatów. Gdy dopada mnie jesienno-zimowo-wiosenny smutek, a dzieje się tak nierzadko, to natychmiast wkładam ją do odtwarzacza i od razu w sercu robi się cieplej.
Jest to jedna z najlepszych płyt w dorobku Rolfa Lislevanda i jego zespołu „Ensemble Kapsberger”. Znajdują się na niej tańce zapisane ok. 1730 roku przez hiszpańskiego kompozytora i gitarzystę (uczył gry na tym instrumencie hiszpańską królową) Santiago de Murcię w tzw. „Saldivar Codex nr 4”. Pochodzą one z różnych rejonów geograficznych – Półwyspu Iberyjskiego, Włoch, Ameryki Południowej a nawet zachodnich wybrzeży Afryki.
Być może dlatego Lislevand zebrał do tego nagrania wykonawców z różnych stron świata. Dużo jest na tej płycie improwizacji, sporo instrumentów perkusyjnych i przewodząca wszystkiemu gitara barokowa. Trudno dobrze oddać słowami klimat tej płyty – jest i ogniście (fandango, folie, taranelle) i nostalgicznie, ale zawsze słonecznie i błogo. A przede wszystkim, mimo upływu setek lat, muzyka jest żywa i świetnie zrozumiała. Zasługa to Lislevanda i jego zespołu. Wiele bym dał za możliwość posłuchania „Ensemble Kapsberger” na żywo. Najlepiej gdzieś w Toskanii… Rozmarzyłem się. Podsumowując: kto o tej porze roku cierpi, podobnie jak ja, z powodu niedoboru światła, niech koniecznie po nią sięgnie. Wyleczenie gwarantowane!

Wielka i małe msze Bacha

2007/10/20, sobota

Komentarz PAK-a sprowokował mnie do uczynienia jeszcze jednego wpisu poświęconego Bachowi. Wymienialiśmy Gardinera, Koopmana, Herrewegha, Riffkina, Suzukiego i ich wykonania Wielkiej Mszy h-moll. Można jeszcze do tej listy dorzucić nagranie „pod Papugą” ;-), czyli w interpretacji Andrew Parrotta. Ciekawe, bo w pojedynczej obsadzie i z udziałem niezapomnianej Emmy Kirkby. Ma ono jednak swoje minusy, choćby nieprzekonujący głos chłopca w partii altowej.
Chciałbym w tym momencie miłośników granego z werwą Bacha zachęcić do sięgnięcia po dość świeżą (bo wydaną w tym roku) płytę (a właściwie 2CD) pt. „Missae Breves”, zawierającą cztery krótkie (małe?, składające się tylko z Kyrie i Gloria) msze J.S. Bacha. Wykonuje je Cantus Coelln pod kierownictwem Konrada Junghaenela. Ten dyrygent (i lutnista) znany jest miłośnikom baroku, bo to „średnia gwardia” stylowego wykonawstwa muzyki dawnej („średnia”, gdyż do „starej” zaliczam pionierów: Gustava Leonhardta i Nicolausa Harnoncourta). Płyta jest naprawdę świetna. Wspaniale gra kapela, imponująco śpiewają soliści i chór (podwójna obsada, czyli po dwie osoby w głosie, co zapewnia klarowność). Moje ulubione części to Gloria z Mszy A-dur (napisane zgodnie z zasadą szybko-wolno- szybk0 😉 W ogóle msza ta zaskakuje swoistą lekkością. Można by ją pomyłkowo wziąć za dzieło Mozarta. Nie wiem, czy wiedeński kompozytor poznał akurat małe msze Bacha (po podobno inne dzieła lipskiego kantora tak), ale skojarzenia są nieuniknione. Piękne jest też Kyrie z Mszy g-moll. Jednym słowem: polecam i gwarantuję, że się Państwo nawet przez chwilę nie będą nudzić. Junghaenel pokazuje lwi pazur a zespół ma doprawdy świetny.
W ten sposób Cantus Coelln udowodnił, że nawet do „oklepanego” repertuaru można nadal wnieść coś nowego. Także Herreweghe nagrał kiedyś małe msze Bacha, ale w porównaniu z Junghaenelem wieje z nich nudą. Bardzo podobne wrażenia odniosłem, gdy przed laty zestawiałem brawurowe wykonanie Bachowskich Motetów właśnie pod dyrekcją Junghaenela (m.in. wirtuozowskie „Singet dem Herrn ein neues Lied”) z interpretacją Herrewegha.
Miałem już wystukać na klawiaturze „no to na razie tyle o Bachu”, ale przyszła mi do głowy jeszcze jedna rzecz. Krótką Mszę F-dur Bacha nagrał również Paul McCreesh na płycie „Epiphany Mass” (dwa CD zawierające pełną – włącznie z kazaniem! – rekonstrukcję nabożeństwa na święto Trzech Króli w Lipsku ok. 1740 roku). Mimo moich zachwytów nad Junghaenelem, muszę przyznać, że wykonanie Brytyjczyka jest jeszcze bardziej energetyczne. Aż się chce podskakiwać, czyli czysty barok&roll 🙂 .
To tyle (na razie) o Bachu. Jutro powracam do Lislevanda i klimatów Krysiowych.

Bojkot zakończony!

2007/10/16, wtorek

Dziękuję Buridanowi za przypomnienie w swoim komentarzu recenzji z „Tygodnika Powszechnego”. Jest interesująca i krótka, więc zachęcam do lektury http://tygodnik.onet.pl/1577,1393030,dzial.html. Ciekawa, bo w pierwszej części Dariusz Czaja chwali profesjonalizm i mistrzowską grę muzyków, by na końcu mocno sponiewierać Krysię. Tylko za co? Autor stawia zarzut komercji, ale przecież L’Arpeggiata nigdy nie pretendowała do bycia wykonawcą wyłącznie dzieł „poważnych”. Czy świetnie zagrany lżejszy repertuar zasługuje na mieszanie z błotem? Poza tym Krysia nie wykonała żadnego zaskakującego ruchu – wystarczy sięgnąć po wcześniejszą płytę Tarantella czy najbardziej, moim skromnym zdaniem, „obrazoburczą” w jej dorobku All’Improvviso. Czy rzeczywiście Krysia dostarcza tylko „lekkostrawnej leguminy z nobilitującym stemplem „klasyka”? W mojej opinii nie! I życzyłbym sobie więcej „klasycznej komercji” na tak wysokim poziomie. Choć, jak już pisałem, nie chcę, by zastąpiła ona dzieła „poważniejsze”. Jestem naprawdę bardzo ciekaw Waszego zdania…
Moja redakcyjna Koleżanka Dorota Szwarcman pisze w swoim blogu o niedzielnym koncercie muzyki dawnej w Filharmonii Narodowej. Też czuję się w obowiązku coś na ten temat skrobnąć. Z Filharmonią jestem związany od czasów szkoły podstawowej, bo prowadzali mnie tam rodzice (a ja to lubiłem, zwłaszcza orkiestry i Mozarta). Potem miałem okres licealnego buntu, który jednak zakończył się powrotem do FN. Bywałem w niej często a od czasu do czasu w szacownych murach można też było usłyszeć zespoły wykonujące muzykę dawną na instrumentach z epoki. Zmianę na stanowisku szefa tej placówki przywitałem pozytywnie, bo znałem świetne wykonania i nagrania utworów Mahlera pod batutą Antoniego Wita. Niestety, w ostatnich latach narastało we mnie dojmujące wrażenie, że FN przeradza się w nudny skansen. Miałem już dość słuchania po raz kolejny „zestawu obowiązkowego” Mozart, Beethoven, Szymanowski, Szostakowicz i jego permutacji. OK, grajcie to, ale może też od czasu do czasu coś wpuścicie na odmianę? Może jakiś zespolik barokowy, bo wykonań Bacha przez orkiestrę FN nie miałem zamiaru słuchać. Miarka się przebrała, kiedy z kręgów zbliżonych do FN dowiedziałem się, iż Wit uważa stylowe granie muzyki dawnej za dziwactwo i nie będzie zapraszał przedstawicieli tego nurtu. Ogłosiłem wtedy mój cichy, prywatny i absolutnie indywidualny bojkot tej instytucji.
Jakież było moje zdziwienie, gdy w tym roku zapowiedziano cały cykl koncertów pod hasłem „Muzyka Dawna”, na które można kupić oddzielny abonament! Ogłaszam więc niniejszym uroczyście: koniec bojkotu! Ktoś wreszcie, jak słusznie zauważa Dorota Szwarcman, poszedł w FN po rozum do głowy.
Udałem się zatem w niedzielę na wykonanie Wielkiej Mszy h-moll Bacha. Zastanawiałem się, czy nie zaprosić na ten koncert pewnej sympatycznej znajomej, która dopiero rozsmakowuje się w muzyce baroku. Obawiałem się bowiem, że to piękne, ale wymagające dzieło w interpretacji Koopmana może trochę znużyć niewprawione ucho. Poszedłem więc sam i to była słuszna decyzja. Niby słuchało się tego dobrze, poziom wykonania (mimo potknięć) był wysoki, ale czegoś mi brakowało. I to bardzo. Koopman to wielce zasłużony dla muzy dawnej dyrygent, świetny klawiszowiec (organy, klawesyn), ale trochę już stara szkoła. Chociaż nie, bo jak włączyłem po powrocie do domu nagranie Johna Eliota Gardinera (to samo pokolenie co Koopman), uświadomiłem sobie po raz kolejny, o co w tym wszystkim chodzi (mam też na półce wykonanie pod batutą Herrewegha, chwalone bardzo przez Dorotę, które również cenię, ale wolę Gardinera). Trzeba w interpretację włożyć to coś, nadać muzyce wigoru, siły, polotu. Nawet wykonując Wielką Mszę h-moll (dzieło, w sensie przenośnym i dosłownym, pomnikowe) chwilami być barok&rollowcem. Jak Gardiner, jak Paul McCreesh. A kto nie wierzy, niech posłucha płyty tego ostatniego pt. „Epiphany Mass”. Czekam też z niecierpliwością wielką na Marca Minkowskiego, który z Wielką Mszą ma zjechać na Wielkanoc 2008 do Krakowa. A ponieważ barok&rollowiec to zawołany, więc jestem ogromnie ciekaw jego pomysłu na dzieło Bacha. A tak poza wszystkim, to Wielka Msza, jak to msza, najlepiej jednak brzmi w kościele a nie sali filharmonii. W czasie niedzielnego koncertu czułem się bardziej muzealnie niż mistyczne…
Natomiast wspomnianą już wyżej miłą koleżankę zabrałem dwa tygodnie temu do rzeczonej Filharmonii Narodowej na koncert Il Giardino Armonico. I choć zaczęło się nieprzekonująco (od mało ciekawego utworu niszowego zupełnie kompozytora Carlo Tessariego), potem już było czadowo. Zwłaszcza koncert na flet Vivaldiego robił piorunujące wrażenie. Ja byłem super zadowolony, koleżanka załapała trochę barokowego bakcyla. Pełen sukces! Tak więc dziękuję Ci Filharmonio Narodowa, bo jeśli chodzi o muzykę dawną nie było już czego słuchać w Warszawie. Szczerze zazdrościłem Wrocławowi i Krakowowi oraz pomstowałem na stołeczne życie kulturalne. Idzie ku dobremu!

Krysia jest the best

2007/10/12, piątek

pluhar_450.jpg
Miałem podążyć tropem mojego ulubionego Rolfa Lislevanda, ale jeden z komentarzy sprowokował mnie do, wcześniejszego niż planowałem, złożenia hołdu Christnie Pluhar (w końcu Lislevand nie zając i nie ucieknie ;-)). A Krysia rzeczywiście wyrasta dziś na pierwszą damę barok&rolla.

Pierwsze spotkanie mieliśmy gdzieś pod koniec 2002 roku. W nieistniejącym już Radiu Klasyka usłyszałem wtedy fragmenty fascynującej płyty. Natychmiast pognałem do sklepu i kupiłem niezwykle pięknie wydane CD zatytułowane Homo fugit velut umbra, zawierające prawie same kompozycje Stefano Landiego (1586-1639). Nazwa wytwórni Alpha oraz zespołu L’Arpeggiata, jak i nazwisko jego szefowej Christiny Pluhar, nic mi wówczas nie mówiły.

Pierwszy utwór (anonimowego kompozytora) zamieszczony na krążku (Passacaglia della Vita) znałem bardzo dobrze, bo śpiewałem go w zespole muzyki dawnej La Tempesta (kto ciekaw, co to za jedni, niech zajrzy na stronę www.latempesta.pl). Był to taki nasz hicior wykonywany na zakończenie jednego z programów koncertowych (wiadomo: na koncercie najważniejsze jest pierwsze i ostatnie wrażenie). Tekst, miejscami makabrycznie zabawny (nie pomoże ci nawet chinina), głosi tylko jedno przesłanie memento mori (jak refren powtarza się tu strofa bisogna morire, czyli musimy umrzeć). Jednocześnie muzyka jest bardzo dynamiczna, z wybijanym rytmem. Może miał to być właśnie średniowieczny danse macabre, czyli taniec śmierci (choć tytuł utworu, Passacaglia della Vita, można przetłumaczyć jako Taniec życia).

L’Arpeggiata zagrała go znakomicie, odpowiednio dozując napięcie. Wspaniały efekt to także zasługa tenora Marco Beasley (postać ciekawa, bo ten włoski muzyk brytyjskiego pochodzenia jest także aktorem a na zdjęciach z sesji nagraniowej wygląda jak Fantomas).

Po przesłuchaniu płyty Homo fugit velut umbra wbiłem sobie w pamięć nazwisko Pluhar i nazwę L’Arpeggiata, bo ten nowy zespół swoim muzykowaniem obiecywał wniesienie czegoś nowego w świat klasyki. No i się nie zawiodłem. Z każdą kolejną płytą L’Arpeggiaty robiło się coraz bardziej barok&rollowo.

Do poszczególnych nagrań będę jeszcze nieraz wracał. Pewnej płytce Krysi Pluhar chcę nawet poświęcić cały odcinek blogu. Dziś natomiast czuję się w obowiązku skreślić parę słów o ostatnim produkcie L’Arpeggiaty zatytułowanym Los Impossibles. Krysia Pluhar, jak napisała w dołączonej do CD książeczce, zafascynowała się wzajemnym przenikaniem muzyki hiszpańskiego, portugalskiego i włoskiego baroku oraz ich wpływem tradycyjną muzykę meksykańską. I choć XI przykazanie głosi „nie mieszaj”, na swojej płycie zamieszała nieźle. Na szczęście z jak najlepszym skutkiem. Czegóż tu bowiem nie ma – i instrumenty z epoki, i gitarzysta flamenco, i tradycyjne meksykańskie melodie. Jakby tego było mało, zaangażowała do nagrania zespół The King’s Singers (kto nie zna, wyjaśniam: sześciu facetów o wyśmienitych głosach), śpiewający portugalskie negrillos z 1643 roku, w których użyto wymyślonego języka mającego imitować mowę czarnych mieszkańców kolonii. Utwory te można by chyba nawet nazwać kolędami, gdyż ich głównym tematem są zawsze narodziny Jezusa i składane mu w stajence hołdy.

Cała płyta jest świetna i w pełnym tego słowa znaczeniu barok&rollowa. Po mojej głowie cały czas chodzą np. ogniste rytmy Fandango napisanego przez Santiago de Murcię, słynnego hiszpańskiego kompozytora i gitarzysty barokowego. O Fandango pisał zresztą Casanova, że jest to ten typ tańca, po wykonaniu którego dziewczyna nie jest w stanie niczego odmówić swojemu partnerowi. Coś jest na rzeczy… ;-)Półgodzinny film z sesji nagraniowej Los Impossibles nakręciła i wyemitowała stacja TV Mezzo. Został on też dołączony na DVD do wydania płyty z muzyką. Krysia Pluhar podkreśla w filmie, że muzycy L’Arpeggiaty bardzo dużo imporowizowali. I tę żywiołowość na płycie czuć doskonale. Na zachętę zapraszam do posłuchania wspaniałego Jacaras, po którym wszystko powinno stać się jasne.

No i jeszcze na koniec (do trzech razy sztuka) ognista La Dia Spagnola.

Czad sprzed trzystu lat

2007/10/10, środa

Dobrych kilka lat temu przeprowadzałem wywiad z Reinhardem Goeblem – jednym z najwybitniejszych skrzypków barokowych, twórcą i szefem wspaniałego zespołu Musica Antiqua Koeln. Z powodów zdrowotnych niedawno zakończył on swoją karierę a kolońska kapela została rozwiązana. Na szczęście pozostało po niej mnóstwo nagrań. W tym najbardziej niesamowite i ogniste, prowadzone w szaleńczych tempach, wykonanie Koncertów Brandenburskich J.S. Bacha. Choć liczy już sobie prawie ćwierć, nie doczekałem się bardziej porywającej interpretacji. Ale wróćmy do rozmowy z Goeblem. W początkach swojej kariery skrzypka przerzucił się on wyłącznie na granie na instrumencie barokowym (różniącym się budową i brzmieniem od współczesnych) i wykonywanie muzyki tej epoki. Byłem ciekaw, co go do tego skłoniło. – Barok to kolory, różnorodność i życie. Dlatego zakochałem się w tej muzyce – odpowiedział Goebel.

Ja też byłem wówczas zafascynowany barokiem. Jednak słowa Goebla, a raczej odczucia, które pragnął za ich pomocą wyrazić, pojąłem w pełni dopiero kilka lat później. Pamiętam dość dobrze ten moment. Na moich półkach z płytami piętrzył się już spory stosik nagrań muzyki renesansu, baroku i wczesnego klasycyzmu. Ale pewnego dnia znajomy pożyczył mi niepozornie wyglądającą płytkę. Jej tytuł nie był jakoś specjalnie zachęcający: „Libro quatro d’intavolatura di chitarone. Roma 1640”. Kompozytor: Johannes Hieronymus Kapsberger (data urodzin niepewna, zmarł w 1651 roku). Wykonawca: Rolf Lislevand wraz z zespołem. Nazwiska kompozytora i muzyków prawie nic mi wówczas nie mówiły. Natomiast komentarz kolegi brzmiał intrygująco: posłuchaj sobie „barokowego rock&rolla”.

Włożyłem CD do odtwarzacza, odpaliłem i… wcisnęło mnie w fotel. Instrumenty (oczywiście z epoki, nie współczesne) m.in. arcylutnie, gitara barokowa, klawesyn, violone (czyli kontrabas) z towarzyszeniem perkusji brzmiały niesamowicie, momentami wręcz egzotycznie. Ścieżka nr 9 to był rzeczywiście barokowy rock&roll! Można by wręcz rzec: „prawdziwy czad” – szybkie tempo, szalejący klawesyn, gitary i arcylutnie. Z kolei numer 17., utwór na colascione (rodzaj lutni) i perkusję, nieodparcie wywoływał u mnie skojarzenia z… klimatami bluesowymi. Można go posłuchać na YouTube:

Inne utwory Kapsbergera brzmiały natomiast chilloutowo.

To było dokładnie to, o czym mówił Goebel – „różnorodność, barwy, życie”.

Nagle przed moimi uszami pojawił się zupełnie nieznany obszar muzyki dawnej. Z czasem zbiór płyt barok&rollowych (będę od tej pory tak je nazywał, choć określenie to nie oddaje dokładnie ich klimatu) zaczął rosnąć. Co więcej, w ostatnich latach pojawiły się zespoły, które łączą folk, np. meksykański, z jego barokowymi korzeniami. Muzycy zaczęli też dużo improwizować, bazując na barokowych tanecznych rytmach i melodiach – głównie włoskich i hiszpańskich.

Jednocześnie dziwiło mnie, że nasi krytycy muzyczni prawie zupełnie nie zauważają tego fascynującego zjawisko. Byłem więc zdany na własne poszukiwania – co zresztą okazało się, i jest nadal, ogromnie fascynujące. Stąd też narodził się pomysł tego blogu. Choć nie jestem muzykologiem a jedynie pasjonatem (i czasami wykonawcą, jako „śpiewak chóralny”) baroku i renesansu, chciałbym podzielić się moimi fascynacjami. Pokazać tym, którzy po muzykę dawną w ogóle nie sięgają, iż mogą usłyszeć cudowne brzmienia, ogniste melodie i poznać klimaty, jakich od tzw. „muzyki poważnej” (jak ja nie lubię tego określenia) nigdy by się nie spodziewali. To samo dotyczy wytrawnych miłośników klasyki, którzy czasami mogą nie być świadomi istnienia tego barok&rollowego (oraz chilloutowego) nurtu.

Pewien znajomy muzyk zarzucił mi, że fascynacja tym zjawiskiem odciąga mnie od prawdziwie wartościowego „nurtu kanonicznego” – czyli tych wszystkich wspaniałych dzieł baroku, jak Wielka Msza h-moll Bacha czy koncerty organowe Haendla. Nie zgadzam się z nim. Barok&roll poszerza horyzonty. Jest jak wyśmienity deser (albo bogata przystawka), które uzupełnią wspaniały obiad, choć oczywiście nie zastąpią dania głównego (czyli np. Wielkiej Mszy h-moll). Nie zgadzam się też z zarzutem, że tego typu muzyka, ze względu na swą lekkość, może wprawdzie zafascynować osoby nie słuchające baroku, ale nie pozwoli im dotrzeć do najbardziej wartościowych, a przez to trudniejszych, dzieł epoki. Że na tym poprzestaną. Myślę, że barok&roll potrafi zachęcić do zagłębienia się również w inne rejony muzyki dawnej. Ale nawet jeśli tak się nie stanie, zapewni spotkanie czymś naprawdę o wiele wartościowszym i ciekawszym niż sącząca się zewsząd popowa sieczka.

Dlatego serdecznie zapraszam wszystkich chętnych na wspólną podróż w ten niezwykły świat. To był oczywiście tylko wstęp a w następnym wpisie blogowym zajmę się już konkretnymi kompozytorami, wykonawcami i płytami. Planuję najpierw pójść tropem Rolfa Lislevanda, chyba że coś innego akurat w duszy mi zagra. Zachęcam również gorąco do dyskusji i dzielenia się swoimi wrażeniami.

Płyta z utworami Kapsbergera oczywiście nie jest dostępna w całości w internecie, ale na stronie sklepu amazon.com można przynajmniej posłuchać fragmentów i choć trochę poczuć klimat.